piątek, 6 września 2013

13. Zdrada!

Z gracją Ninja wyskoczył zza zakrętu korytarza by po chwili przeturlać się po nim i wbiec do nieużywanej klasy. Wziął parę głębokich oddechów, po czym ostrożnie, z największą dyskrecją z powrotem wyjrzał na korytarz.
-Droga wolna-szepnął do siebie, po czym jak najszybciej przebiegł przez całe lochy. Zatrzymał się dopiero przed drzwiami prowadzącymi do klasy eliksirów. Wtedy, z największą precyzją i delikatnością nacisnął na klamkę, i wszedł do środka, ciesząc się , że zamek przeskoczył o wiele ciszej niż normalnie.
Wyraz jego twarzy przypominał bohatera po zwycięsko zakończonej walce. Triumf, który z niego emanował, dostrzegłby każdy, gdyby nie fakt, że wszyscy wpatrzeni byli w profesora Slughorna.
Uśmiechnął się po czym zadowolony z siebie zaczął po cichu zmierzać w stronę swojej ławki. Tam, gdzie siedziała skupiona na lekcji Hermiona.

-Panie Malfoy. Spóźnił się pan 10 minut. Pański dom traci zatem przez pana 10 punktów.
-Tak blisko-szepnął do siebie z pomrukiem niezadowolenia. Usiadł obok Hermiony, po czym naburmuszony udawał, że słucha nauczyciela.
-Gdzie byłeś?-spytała, patrząc na niego z zaintrygowaniem.
-Bawiłem się w detektywa, szukając twojego prześladowcy. Niestety-nic nie znalazłem. Za to tak mnie to wkręciło, że spóźniłem się na lekcje-warknął, obarczając ją winą za całe zdarzenie.
-Jesteś jak dziecko-prychnęła, notując coś w notesie.
-Nie ja boję się ciemności-odgryzł się, wyciągając z torby podręcznik i mocno waląc nim o stół.
-Może idź do swoich panienek z Beuxbatons? One z chęcią posłuchają twoich narzekań.
-Fakt, że jesteś zazdrosna w niczym ci nie pomoże-odparł, nie zwracając uwagi na karcące spojrzenie Sluhgorna'a. -A co do tych panienek-myślałem, że tak tępi ludzie występują tylko w mugolskich filmach...
-Jeszcze pomyślę, że takie oglądałeś!
-Nawet jeżeli to co?
-To...
-Panie Malfoy, panno Granger! Ostatni raz proszę o ciszę!-krzyknął nauczyciel, patrząc na nich z potępieniem. Obydwoje jak na zawołanie wywrócili oczami, po czym odwrócili się od siebie, nie mając ochoty mieć ze sobą czegokolwiek wspólnego.

                                                                         ***

-Cześć Blaise! Jak się czujesz? Ostatnio dawno cię nie widziałam-powiedziała Hermiona ,doganiając chłopaka na korytarzu.
-Cześć Hermiono-odparł dziwnie chłodno. Na pierwszy rzut oka widać było, że ma zły humor.
-Coś się stało?-spytała dziewczyna momentalnie poważniejąc.
-Możesz mi powiedzieć gdzie jest Ginny?-spytał z irytacją. Chciał ją sprawdzić, sprawdzić ich przyjaźń. Okłamie go czy powie prawdę?
-Ja...-zaczęła dziewczyna, przypominając sobie list, który znalazła rano. -Nie wiem. Wyjechała, nie mam pojęcia gdzie...
-A może wiesz po co?-spytał, splatając ręce na piersi. Patrzył na nią ze złością.
-Niestety. Przykro mi, Blaise-patrzyła mu prosto w oczy. Nie miał pojęcia, że poukładana, grzeczna panna Granger będzie potrafiła tak pięknie kłamać.
-Ty i twoje przyjaźnie-prychnął pod nosem, po czym więcej na nią nie patrząc odszedł w swoją stronę.

                                                                       ***
Siedziała w swoim pokoju wyczerpana do granic możliwości. Ginny, Harry, Ron i do tego wszystkiego jeszcze Blaise! Wszyscy absorbowali ją swoją osobą, a ona miała już tego wszystkiego dość. Wokół tylko problemy i kolejne problemy, a ona miała mnóstwo nauki i chciała zakończyć szkołę z jak najlepszymi wynikami. Usiadła przy biurku i wyciągnęła parę podręczników zamierzając się uczyć.
Nagle jednak została wyprowadzona z równowagi, ponieważ po całym pokoju rozległo się głośne łomotanie do drzwi. Zrezygnowana podeszła do nich i westchnęła cicho kiedy u progu ujrzała nikogo innego, jak samego Dracona Malfoya.
-Odejdź, chyba że życie ci nie miłe-warknęła na wstępie.
-Mi też miło cię widzieć.
Nie zważając na jej ogólną irytację, przecisnął się przez uchylone drzwi i wszedł do środka.
-Słuchaj Granger-złapał ją za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. Zesztywniała, czując jak atmosfera nagle stała się wyjątkowo nieprzyjemna. -Spędziłem cały dzień. Cały dzień na to by przekonać się czy twoje schizy, koszmary czy obawy mają jakiekolwiek podstawy... Niestety mam złe wieści.
Serce jej zamarło. Patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami, czekając na dalsze rozwinięcie.
-Ty po prostu jesteś chora psychicznie!-oświadczył, jakby była to najprostsza rzecz na świecie.
Uśmiechnął się do niej z przekąsem, po czym nie czekając na jej reakcję, rzucił się na jej łóżko.
-Malfoy... ja naprawdę jestem pewna, że ktoś mnie obserwuje... może się to wydawać dziwne ale... WYNOCHA Z MOJEGO ŁÓŻKA Z TYMI BUTAMI! Nie musisz mi pomagać. Wiem jedno. Dzieje się coś dziwnego.
-I wnioskujesz to po tym, że przyśnił ci się jeden, zwykły koszmar?-spytał, niechętnie wstając z jej łóżka.
-Nie był zwykły! Eh... po co ja w ogóle z tobą gadam? Nie zrozumiesz tego. A teraz wybacz ale jestem zmęczona.
Popatrzył na nią z rezygnacją. Westchnął cicho i tym razem wyraz jego twarzy był naprawdę poważny.
-Czasem koszmary odzwierciedlają to, czego boimy się naprawdę w swoim życiu. Może czas przestać uciekać i naprawdę się z tym zmierzyć?
Patrzyła na niego z niemałym zaskoczeniem. Co prawda, Draco Malfoy nie raz zaskoczył ją swoimi mądrymi słowami ale tego się nie spodziewała. Przynajmniej-nie w tej chwili.
-Dlaczego sądzisz, że przed czymś uciekam?-wydukała, unosząc brwi.
Zaśmiał się cicho, po czym popatrzył na nią z dziwnym błyskiem w oczach.
-Wiem to Granger. Nie próbuj się okłamywać. Ale wiesz? Pocieszę cię. Zawsze lepiej uciekać niż stać w miejscu.
Posłał jej jeszcze jeden, delikatny uśmiech po czym zniknął za drzwiami jej dormitorium, zostawiając w osłupieniu i paroma nowymi, zupełnie niepotrzebnymi refleksjami.

                                                                            ***

Kolejny poranek. Kolejny nużący i męczący dzień w Hogwarcie.
Draco stał oparty o ścianę z rezygnacją patrząc na trzy Francuzki zalotnie trzepocące rzęsami.
-Co dziś nam pokażesz, Draco?-spytała jedna, podchodząc do niego i zarzucając mu ręce na szyję.
-Salazarze! Jesteś gorsza niż Parkinson!-powiedział blondyn, ściągając jej ręce. -Co powiecie na bibliotekę? Hogwart posiada jedne z najliczniejszych księgozbiorów w całej Europie.
-Co ciekawego może być w bibliotece?-spytała jedna z reprezentantek Beuxbatons, uśmiechając się zalotnie.
-No wiecie... dużo rzeczy.
W duchu liczył na to, że dziewczyny zajmą się książkami, a on będzie mógł spokojnie od nich odpocząć. Niestety. Przeliczył się jeśli chodzi o ich ambicje.
-W takim razie pokażę wam boisko-mruknął i nie czekając na ich decyzje wyszedł z zamku. O tym, że wcale zanim nie poszły zorientował się dopiero wtedy kiedy doszedł na miejsce i bynajmniej wcale się tym nie przejął. Wzruszył ramionami i ze zrezygnowaniem usiadł na zielonej trawie. Spojrzał w górę. Boisko do Quidditcha wyglądało wyjątkowo majestatycznie. Było dużo lepsze niż to sprzed lat. Mimo to do tego dawnego czuł dziwny sentyment. Teraz wiedział jak czuje się Hermiona...
Nawet nie zauważył kiedy ktoś dosiadł się obok i przyglądał mu się z uwagą.
-Jest z tobą źle stary. Malfoyowie nie pokazują emocji...-zakpił przybysz.
-Daruj sobie, Blaise-odparł wyrywając się z zamyślenia. -Czego chcesz?
-Niczego. Po prostu sobie przyszedłem-powiedział, wzruszając ramionami. -Coś się stało?
-Pamiętasz jak lataliśmy tu jak byliśmy jeszcze mali? Pamiętasz jak kłóciliśmy się z Gryfonami o boisko i mówiliśmy, że wszystko odbywa się za zgodą Snape'a?
-Byliśmy żałosnymi gówniarzami-zauważył Blaise wyrywając kępkę trawy i zaczynając się nią bawić.
-Wcale, że nie-uśmiechnął się blondyn. -Byliśmy jacy byliśmy... Jesteśmy kim jesteśmy i wiesz co jest najlepsze? Że to my wreszcie wybieramy kim będziemy.
-Dobrze się czujesz?
-Mówię poważnie, Blaise!-powiedział z niezrozumiałym nawet dla siebie entuzjazmem. -Wychowaliśmy się w Hogwarcie, tu się wszystko zaczęło. Nie żal ci będzie go opuszczać? Został nam nie cały rok.
-Nie wiem. Jeszcze o tym nie myślałem.
-Chcę to wykorzystać najlepiej jak tylko potrafię i...
-Przyszedłem, bo chcę pogadać-przerwał mu ostro. W obliczu jego sytuacji nie bardzo obchodziły go słowa przyjaciela. Draco spojrzał na niego zdezorientowany, ale nic więcej nie powiedział. -Ginny wyjechała do Pottera.
Blondyn zamrugał parę razy, patrząc na niego z niezrozumieniem. Dopiero po chwili doszedł do niego sens słów Zabiniego.
-Kurczę, stary... Przykro mi.
-Dlaczego?
-Yyy... to chyba oczywiste. Skoro do niego pojechała to znaczy, że go wybrała. Kochała się w nim od drugiej klasy...
Blaise przez chwilę patrzył na niego z niemym szokiem by po chwili zerwać się na równe nogi i spojrzeć na niego z wyrzutem.
-Dzięki, Draco. Pocieszyłeś mnie. Dowiedz się od Grnager gdzie dokładnie pojechała ruda. Albo nie. Wal się!-krzyknął po czym odszedł, zostawiając Dracona z bardzo głupią miną.

                                                                                ***

Nie wiedzieć czemu, wszystko zaczynało się rozpadać. Nie mógł pozwolić na stratę kogoś takiego jak Blaise. Przyjaciel za dużo dla niego znaczył. Postanowił pójść do Granger i wyciągnąć z niej coś na temat rudej. Zrobi to, choćby miał posunąć się do... wszystkiego!

                                                                              ***

-Czego tym razem?-spytała, stojąc u progu swojego dormitorium.
-Ważne-odparł, po czym jak zwykle wszedł bez zaproszenia do środka.
-Trochę kultury, Malfoy-powiedziała z irytacją.
-Co jak co, ale Malfoya kultury uczyć nie będziesz-powiedział dość chłodno. Był arystokratą. Kultura była czymś co płynęło w jego krwi! Dlaczego więc dał jej świetny popis? Cóż... po prostu mu się nie chciało, a tak to sobie przynajmniej tłumaczył.
Spojrzała na niego nieco urażona. Nie lubiła gdy ktoś zwracał się do niej takim tonem.
-Gdzie pojechała Weasley?-spytał nie próbując owijać w bawełnę.
-Nie powiem ci.
-Granger do cholery!
-Nie krzycz na mnie. Jeżeli myślisz, że swoim zachowaniem coś osiągniesz to...
-Daj spokój i mi powiedz!
-Nie. Ma. Mowy-wycedziła, patrząc na niego z uporem. Na jej nieszczęście Malfoy był równie uparty i za żadne skarby nie zamierzał odpuścić.
-Słuchaj Granger-powiedział, podchodząc do niej i patrząc na nią ze złością. -Wiesz co tu robię?
-Krzyczysz na mnie i wtrącasz się w nie swoje sprawy?-spytała z ironią.
-Błąd. Próbuję sobie poukładać życie. Może sprawa z Weasley jest drobnostką, ale w moim beznadziejnym świecie to kolejny, wielki problem. Nie jestem w Hogwarcie z własnej woli. Uciekam przed Azkabanem. Czy ci się to podoba czy nie, nie jestem przykładnym, dobrym prefektem, który jedyne czego pragnie to Wybitnego na eliksirach! Tracę przyjaciela, bo nie wiadomo jakim cudem zostałem w to wszystko wkręcony!-był zły. Bardzo. Nawet nie zauważyła kiedy zdołał podejść tak blisko, że przyparł ją do ściany. Spojrzała na niego z przerażeniem, a jemu przypomniała się pewna scena...
-Przepraszam-powiedział, szybko się odsuwając. Wydawał się być trochę zmieszany, co w jego przypadku było rzadkim widokiem. -To po prostu dla mnie ważne, Granger. Powiesz mi czy nie?
Był już dużo łagodniejszy. Sytuacja z przed chwili złudnie przypominała mu tą na cmentarzu. Hermiona patrzyła wtedy na niego przyparta do drzewa, a w jej oczach krył się strach i niezmierzona panika.
-Obiecałam jej, że nie powiem-powiedziała. -Gdyby to ode mnie zależało, powiedziałabym Blaise'owi-powiedziała spokojniej. W jej oczach widział szczerość. Szczerość jakiej nie widział wtedy na cmentarzu...
-Uważasz, że jestem zły?-spytał nagle, a ona popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
-Czemu pytasz?
-Była kiedyś taka osoba. Powiedziała, że jestem dobrym człowiekiem-zaczął, jednocześnie zaczynając z powrotem się przybliżać. -Wiesz, dała mi mnóstwo siły, odwagi. Sprawiła, że gdzieś tam w środku, odezwało się sumienie. Jednak... ciągle się zastanawiam czy nie kłamała. Czy to co powiedziała, było prawdą. Czy nie żyłem tyle czasu zatracony w kłamstwie, wierząc w idee, które nigdy nie istniały-wyznał, nie zauważając nawet kiedy ich czoła zaczęły się stykać, a usta zaczęły dzielić milimetry. -Odpowiedz, Granger. Kim jestem?-spytał, jednak ona nie mogła skupić się na odpowiedzi. Rozpraszały, a może raczej zachęcały ją jego usta, zmieszane oddechy, bliskość...
Otworzyła usta by coś powiedzieć, gdy nagle drzwi dormitorium otworzyły się i stanął w nich nikt inny jak Ron Weasley we własnej osobie.

wtorek, 3 września 2013

12. Nie jest tak, jak być powinno

Stała na szczycie wieży z zamyślaniem podziwiając widoki na dole. Jesienny wiatr rozwiewał jej rude włosy, sprawiając, że kosmyki co chwila opadały jej na twarz. Miała zaróżowione od chłodu policzku i nawet gruby, wełniany sweter nie mógł sprawić, żeby było jej choć trochę cieplej. Wrzesień tego roku stał się bardzo chłodny i dla niej także smutny... Można by pomyśleć, że to sprawka dementorów, jednak w pobliżu nie znajdowały się żadne potwory. Była jedynie ona. Ze swoimi ludzkimi żalami i smutkami i choć mogłyby wydać się błahe, ona miała z tym niemały problem.
Kochała Blaise'a. Była tego pewna. Uczucie różniło się diametralnie od tego, którym darzyła Harry'ego. Decyzja wydawała się dziecinnie prosta. Wiedziała czego pragnie, jednak... wiedziała też czego pragnie jej odwieczny przyjaciel. Kochała go na swój sposób, jednak to nie było to uczucie. Harry był i chciała by na zawsze pozostał jej przyjacielem.
To był jej problem. Nie chciała go stracić i po tym jak okropnie się zachowała, bezczelnie liczyła na to, że jej wybaczy. Zdawała sobie sprawę z własnego egoizmu i wiedziała jak wielką stała się świnią.
Zdradziła go. Przez prawie cały miesiąc zdążyła oddać się innemu i do tego przestała go kochać.
Jednak... wiedziała, że to Blaise jest tym jedynym. Że to właśnie z nim chce spędzić przyszłość.
Harry... Harry kochał ją całym sercem, które zamierzała złamać, rozedrzeć na strzępy, zdeptać i zmiażdżyć, zniszczyć mówiąc jedynie krótkie, nieporadne i żałosne oświadczenie.
"Z nami koniec" te myśli chodziły jej po głowie, wyobrażając sobie wersje reakcji Harry'ego.
Wolała by znienawidził ją z całego serca, jednak zamiast tego, jego serce zostanie złamane. Za bardzo ją kochał by móc ją znienawidzić. Była tego pewna...

-Wszędzie cię szukałem-usłyszała przy swoim uchu, czując jak znajome, silne ręce oplatają ją od tyłu, mocno do siebie przyciągając.
-Wszystko w porządku, Blaise-powiedziała, odwracając się i składając na jego ustach namiętny pocałunek.

                                                                         ***

Obracała w palcach pierścionek, wpatrując się w niego otępiałym wzrokiem. Czy tak powinna zachowywać się przyszła panna młoda? Czy nie powinna przypadkiem śmiać się i z niecierpliwością czekać na ten dzień?
Czy nie powinna szukać odpowiedniej sukienki , zapraszać gości czy wybierać wzór zaproszeń?
Czy nie powinna nie mieć żadnych wątpliwości?
Pomyślała o mamie. Ona na pewno wiedziałaby co jej doradzić. Z nią podjęcie decyzji nie byłoby takie trudne. Bardzo chciała ją odnaleźć. Ją i tatę, którego także bardzo kochała.
Niestety nie okazało się to takie proste. Poświęciła mnóstwo czasu na znalezienie jakiegokolwiek śladu po jej rodzicach, jednak wszystko sprawiało wrażenie jakby nigdy ich nie było...

Ron powinien jej pomóc. Ona by to dla niego zrobiła. Nie musiałby nawet prosić. Miała do niego żal, o to, że nie wyciągnął do niej pomocnej dłoni, jednak starała się być wyrozumiała. Bezustannie pracował, a do tego śmierć Freda, która bardzo go przytłoczyła...
Odwróciła głowę w bok, patrząc na zaczytanego w jakiejś książce blondyna. Siedział na podłodze, oparty o brzeg jej łóżka, w pełni skupiony na lekturze.
Był dla niej taki dobry... Został i pocieszył ją. Pozwolił swobodnie wypłakać się w swoją koszulę...

                                                                   ***

Wyszedł z jej pokoju dopiero późnym wieczorem, kiedy dostał sowę od dyrektorki i zmuszony był opuścić dziewczynę. Przemierzał szkolne korytarze, które całkowicie spowite były w ciemności. Wyciągnął różdżkę, po czym szepcząc ciche "Lumos" zapukał do drzwi profesor McGonagall.
-Wejść-usłyszał, po czym nie czekając dłużej, pchnął ciężkie, masywne drzwi.
Przy biurku siedziała tak dobrze mu znana kobieta, a obok stały jeszcze trzy, niezwykle piękne dziewczęta. Nie chodziły do Hogwartu. Był tego pewny.
Uniósł wysoko brwi, nie bardzo rozumiejąc w jakiej sprawie wzywa go dyrektorka.
-Dostałem sowę-wyjaśnił, po długim, męczącym spojrzeniem McGonagall. -O co chodzi?
-Dziś wieczorem przyjechały trzy reprezentantki Beuxbatons-powiedziała kobieta. -Jako jeden z prefektów naczelnych masz za zadanie oprowadzić je jutro po szkole. Zaczynasz z samego rana.
-Co?! Dlaczego akurat ja?-spytał nie mając ochoty na jakąkolwiek pracę. Nawet jeżeli jej obiektem miały być trzy niezwykle piękne i młode dziewczyny.
-Ponieważ mamy pewne niewyrównane rachunki, Malfoy-powiedziała kobieta ostro. -Nie chcę słyszeć żadnego sprzeciwu.
Blondyn z niechęcią pokiwał głową, patrząc na szczerzące się do niego dziewczyny. Odwzajemnił uśmiech, posyłając ten jeden z najbardziej sztucznych.
-Oczywiście, to będzie dla mnie zaszczyt-powiedział, lustrując studentki Beuxbatons czujnym wzrokiem.

                                                                               ***

Ciemna postać zmierzała w jej kierunku, a  jedyne co była wstanie usłyszeć to przerażający, szyderczy śmiech. Ron Weasley zbliżał się do niej ukazując oczy, w których kwitło szaleństwo.
Z zachłannością wyciągał po nią ręce, a kiedy w końcu nabrała odwagi by zacząć uciekać, potknęła się o coś i upadła na ziemię, obijając kolana. Jęknęła cicho, po czym odwróciła się orientując się, że przedmiot, który był powodem jej bliskiego kontaktu z ziemią, jest pierścionek. Dokładnie taki sam, jaki dostała od Rona na zaręczyny. Nagle poczuła przy swoim uchu jego śmiech, a po chwili po jej karku przebiegł jego oddech.
Zerwała się z łóżka ciężko oddychając.
To tylko sen... to tylko sen! Próbowała sobie uświadomić. Nerwowo przeczesała palcami włosy, zagryzając przy tym dolną wargę.
To było straszne. Jej ukochany, jej ukochany Ron był przerażający...
To tylko sen. Powtórzyła uparcie, próbując jakimś cudem zmusić swoje serce do miarowych uderzeń.
-Nie no, nie zasnę!-powiedziała w końcu z irytacją. Zwlokła się z łóżka po czym sięgnęła do szafki nocnej, na której leżała jej różdżka. Rozświetliła pokój, po czym nie zastanawiając się wybiegła z dormitorium.

Błonia o tej porze, jeżeli to w ogóle możliwe zdawały się jeszcze piękniejsze niż zwykle. Jednak ona-nie zachwycała się teraz urokami Hogwardzkich terenów.
Zaczęła biegać. Pełna nadziei, że da to jakiekolwiek ujście kłębiącym się w niej emocjom.
Każdy krok, przebyty metr był jak wytchnienie dla jej wymęczonego umysłu.
Biegła najszybciej jak tylko mogła. Jakby od tego zależało coś naprawdę ważnego.

Nie wiedziała kiedy natrafiła na korzeń i wywróciła się, zbijając nos o twardą ziemię. Westchnęła ciężko, czując jak jej poddane wysiłkowi serce mocno tłucze o klatkę piersiową.
Zasłoniła głowę rękami, próbując uspokoić oddech. Ta sytuacja złudnie przypominała jej sen...

Uniosła głowę, nerwowo rozglądając się dookoła. Cisza. Otaczała ją jedynie ciemność. Nagle poczuła się jak bohaterka horroru. Jej głowę zaczęły nawiedzać myśli i wizje potworów wyłaniających się z Zakazanego lasu.
-O cholera-mruknęła do siebie, zdając sobie jak bardzo się boi. Czym prędzej zerwała się na nogi, po czym wróciła do pokoju co chwila oglądając się za siebie.

                                                                          ***
-W Hogwarcie uczniów dzieli się na domy. Huffelpuff, Ravenclaw, Gryffindor i Slytherin-powiedział wyjątkowo zniechęcony Draco wchodząc do Wielkiej Sali w towarzystwie trzech rozchichotanych dziewczyn z wymiany. -Ślizgoni-inteligentni, bystrzy i przebiegli. Nie warto z nimi zadzierać-wyjaśnił z dumą.
-Gryfoni-półgłówki, które na siłę robią z siebie bohaterów. Mimo to odważni i szlachetni-powiedział z udawanym entuzjazmem. -Ich zapał często okazał się dla nich zgubny-dodał już ciszej i bardziej ponuro.
-W Ravenclawie- kujony, które za punkt honoru stawiają sobie mądrość i bystrość umysłu...
-A co z Huffelpaffem?-spytała jedna z dziewczyn, z rozmarzeniem łapiąc kontakt wzrokowy  z jednym z Puchonów.
-To ci których nie chcieli w pozostałych domach-oznajmił, lekceważąco machając ręką.
Dziewczyna zrobiła dość kwaśną minę, po czym odwróciła się od Krukona ze sztucznym uśmiechem.
-Draco... ty jako Ślizgon z pewnością jesteś wspaniały...

Jednak on już jej nie słyszał. Skupił się na siedzącej przy stole Gryfonów dziewczynie. Z otępieniem dźgała swoją jajecznicę-nie wiedzieć czemu-łyżką.
-Przepraszam na chwilę-zwrócił się do reprezentantek Beuxbatons, po czym nie czekając na ich reakcję, podbiegł do Hermiony.
-Cześć, Granger-powiedział dosiadając się obok. Przybrał nawet jeden ze swoich przyjaznych, rzadko spotykanych uśmiechów, jednak ona nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi.
-Granger...-powtórzył niepewnie, machając jej ręką przed oczami. Dopiero po chwili ocknęła się, patrząc na niego ze zdezorientowaniem.
-T-Tak?-nawet nie krzyczała, że przysiadł się do JEJ stołu.
-Wszystko w porządku? Wyglądasz jakbyś... wyjątkowo intensywnie nad czymś myślała.
-Nie musisz się tak do wszystkiego wtrącać-powiedziała nieco chłodno, czym tym bardziej pobudziła jego podejrzenia.
Nie chciała opowiadać mu o swoich schizach i koszmarach związanych z przyszłym narzeczonym. Do tego wszystkiego ciągle miała wrażenie, że jest obserwowana, a w szkole pełnej uczniów z takim wyznaniem byłaby po prostu wyśmiana.
-Pójdziemy się pouczyć?-wypalił nagle.
-Nie!-powiedziała szybko, a niezadowolenie wręcz z niej emanowało.
-No to teraz mów co się stało...

                                                                       ***
Hermiono!

Wybacz, że robię to bez pożegnania, ale nie miałam czasu. Pojechałam do Hiszpanii, do Harry'ego. 
Muszę wszystko z nim wyjaśnić. Błagam, nie mów Blaise'owi. Sama to zrobię. Gdy tylko wrócę. Nie wiem ile zajmie mi ten wyjazd, ale po prostu są sprawy, które trzeba doprowadzić do końca. 

                                                                             Nie masz się o co martwić. Całuję
                                                                                                                                     Ginny

Co chce wyjaśnić z Harry'm? Zerwie z nim? A może uświadomi sobie jak bardzo go kocha i jednak zostanie z nim na zawsze? Ma nie mówić Blaise'owi... Czyżby nie mogła mu zaufać? A może to jego chce porzucić?
Może sprawą, którą musi zakończyć jest ich związek?

Blaise Zabini stał w dormitorium Hermiony, wpatrując się w mały zwitek pergaminu. Martwił się o nią. Nie pokazała się na śniadaniu. Postanowił sprawdzić czy nic jej nie jest i pójść do Hermiony. Tymczasem zastał to. List mówiący o tym, że nie zasługuje nawet na wiadomość, że dziewczyna, którą kocha wyjeżdża. Dlaczego to zrobiła? Tego nie wiedział. Miał jednak świadomość, że nie jest tak jak być powinno.


niedziela, 1 września 2013

11. Nic nie jest takie jak było

Obudził się dopiero przed dziewiątą. Kropelki deszczu dalej odbijały się od szyby, jednak teraz był to drobny deszcz, zupełnie nie podobny do nocnej nawałnicy. Niebo było szare, a ciemne chmury wciąż zbierały się nad Hogsmade. Westchnął cicho, odciągając głowę od szyby i próbując wstać. Poczuł jednak ciężar na klatce piersiowej co zmusiło go do zwrócenia na to uwagi. Z szokiem stwierdził, że jest to słodko śpiąca, wtulająca się w niego Hermiona. Po chwili jednak uśmiechnął się wrednie.
-Dzień dobry, słonko-powiedział rozbawiony. Dziewczyna momentalnie otworzyła oczy i uniosła wzrok do góry, a napotykając jego udawane, rozczulone spojrzenie ledwo powstrzymała się od krzyku. Szybko odsunęła się, w konsekwencji spadając z łóżka.
Draco wywrócił oczami, po czym wstał i obchodząc łóżko naokoło ukucnął naprzeciw niej.
-Ja cię nie tknąłem-powiedział, unosząc ręce w obronnym geście. -To twoja podświadomość pragnie mnie jak nikogo innego...
-W twoich snach.
-Skąd wiedziałaś?
Uśmiechnął się z przekąsem, a ona stwierdziła, że bardzo mu z takim uśmiechem do twarzy. Wstali w tym samym momencie, tworząc tym samym małą odległość między sobą.

-Muszę jak najszybciej wrócić do zamku. Wyświadczysz mi tę przysługę i zaczniesz się zbierać?-spytała z irytacją.
-Daj spokój... I tak dostaniesz szlaban za nie wrócenie do zamku na noc, -50 punktów za nieodrobione prace domowe i niewiarygodny, potępiający wzrok McGonagall-powiedział, patrząc na nią uwodzicielskim wzrokiem. Doskonale wiedziała, że się z niej nabija.
Otworzyła usta by coś mu na to odpowiedzieć, jednak po chwili zamknęła je, uświadamiając sobie, że tak naprawdę chłopaka ma rację.
-Jesteś niemożliwy, Malfoy-powiedziała, mrużąc groźnie oczy, po czym odwróciła się, zmierzając w stronę drzwi.
-Jest dopiero 5 nad ranem-mruknął niby od niechcenia. -Argus Filch będzie zachwycony, mogąc powitać cię o tej porze w zamku-zakpił, uśmiechając się wrednie.
-Czyżby?-spytała, splatając ręce na piersi. -Tak się składa, że nie obchodzi mnie żaden woźny!
-A dodatkowe -50 punktów dla Gryfonów tak?-spytał, wiedząc, że tę potyczkę słowną wygrał.

Dziewczyna wywróciła oczami, po czym niezadowolona opadła ciężko na łóżko.
-Poczekam tu jeszcze trochę... Ten deszcz... wygląda na to, że zaczyna mocniej padać...

                                                                             ***

-Cholera!-krzyknęła Hermiona, ledwo powstrzymując się od rozbicia jakiegoś przedmiotu. -Powiedz mi Malfoy dlaczego ja wtedy nie wyszłam z tej przeklętej gospody?!-spytała, wyglądając za okno i stwierdzając że nawałnica z poprzedniego dnia wróciła. Jasne pioruny rozświetlały niebo, a donośne grzmoty co chwila dochodziły do przytulnego pokoiku na poddaszu gospody.
-Nie mam pojęcia-zakpił, wyraźnie z siebie zadowolony.
-Nieważne. Wychodzę-stwierdziła, po namyśle, po czym złapała za klamkę.
-Jest po 10, środek lekcji... Jeżeli Filch...
-Ile razy mam ci powtarzać, że nie obchodzi mnie żaden woźny?!-krzyknęła, odwracając się i podchodząc do niego tak blisko, że niemal stykali się nosami. -Wyobraź sobie, cholerny arystokrato, że mam własne życie i...
Przerwała, bo jego niesamowicie zażenowany wzrok wyrwał ją z wątku.
-Muszę iść-powtórzyła uparcie, próbując udawać przekonaną co do swojego zdania. Prawda była taka, że wyjście na zewnątrz mogło być niebezpieczne nawet dla czarodzieja. Panowanie nad naturą, silnymi żywiołami, przerastało zdolności nawet kogoś takiego jak słynna Hermiona Granger.

-Daj spokój... pada deszcz! Ludzie wtedy grają w gry planszowe, karty, piją ciepłą herbatę i naśmiewają się z tych, którzy muszą moknąć na dworze-uśmiechnął się, próbując zachęcić ją do zostania.
-Dlaczego tak ci na tym zależy, co?-spytała, unosząc głowę i dzielnie patrząc mu w oczy.
-Co?-spytał, zbity z tropu.
-Dlaczego chcesz żebym została?
-Chcę, żebyś nie odchodziła-poprawił ją automatycznie, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego co powiedział. Zmarszczył wtedy brwi, karcąc się w duchu za własną głupotę.

Popatrzyła na niego wyraźnie zaskoczona. Uniosła brwi, a jej czekoladowe oczy rozbłysły dziwnym blaskiem.
-Miałem na myśli to, że gra w karty w pojedynkę jest straaasznie nudna-powiedział pierwsze co przyszło mu na myśl. Wyczarował talie kart, posyłając jej jeden ze swoich udawanych uśmiechów.
-No tak...-zaśmiała się nerwowo, ostatecznie odpuszczając i idąc w ślady chłopaka usiadła na dywanie.
Zapowiadało się wyjątkowo nieprzeciętne popołudnie...

                                                                             ***

-...i wtedy on powiedział, że jego kot dawno wyleciał w powietrze razem z dynamitem przywiązanym do jego ogona-zaśmiał się Draco kończąc niezwykle śmieszną historię.
Zasiedzieli się. Zapadał już zmierzch i jedynym pretekstem dla którego nie wrócili jeszcze do zamku było to, że deszcz nie przestał padać. Prawda była taka, że wzajemne towarzystwo bardzo dobrze im robiło.
Prawda była taka, że Hermiona po raz pierwszy poczuła, że ich przyjaźń jest wstanie naprawdę zaowocować...
Mały kominek, rozświetlał pogrążony w półmroku pokój, a oni patrzyli się w rozbiegane, ciepłe płomienie trzaskającego w nim ognia. Cichy barman Carl odwiedzał ich co jakiś czas proponując coś do jedzenia czy picia, jednak oni nie mieli ochoty na nic ,oprócz wspólnie spędzonego czasu.

Mijały minuty, godziny, a im wcale nie nudziło się siedzenie w osamotnionym pokoju. Rozmawiali, a czasem jedynie milczeli, jednak nie wydawało im się to krępujące.
W końcu zapadła właśnie taka cisza, przerywana jedynie cichym trzaskiem ognia tlącego się w kominku.
Draco przeciągnął się, ściągając z siebie grubą bluzę. Siedzenie na dywanie blisko kominka sprawiło, że zrobiło się gorąco.
Hermiona spojrzała na niego pełnym intrygi wzrokiem. Był przystojny. Ubrany w jedynie luźny, czarny t-shirt sprawiał wrażenie zwykłego, nastoletniego chłopaka. Jednak nie o to chodziło. Jej wzrok zatrzymał się na odsłoniętym, lewym przedramieniu. Czarny, Mroczny Znak przyciągał jej spojrzenie jak magnes. Była ciekawa, może trochę przerażona, ale najbardziej... było jej go żal. Blondyn na to nie zasłużył. Była tego pewna. Może nie był najlepszym człowiekiem. Wyrządził w życiu wiele złego. Nie stanowił przykładu, czy wzoru, ale... nie zasłużył na noszenie czegoś takiego do końca życia.
-Jak to się stało?-wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Spuściła wzrok, klnąc w duchu na swoją ciekawość. Chłopak spojrzał na nią z niezrozumieniem, jednak kiedy powędrował za jej spojrzeniem westchnął cicho i przygryzł nerwowo wargę.
-Było ciężko...-powiedział, zmuszając ją by na niego spojrzała. -Ale na szczęście... ktoś mi wtedy pomógł.
-To jakiś przyjaciel?-spytała nieco ośmielona.
-Tak mi się wydaje-uśmiechnął się delikatnie, przenosząc wzrok na płomienie ognia w kominku. Tak czy inaczej rozmowa na ten temat zawsze była trudna. Wszystko co wiązało się z przeszłością... było trudne.
-Przepraszam, nie powinnam pytać-powiedziała zmieszana, widząc jego reakcję.
-To nic...-uśmiechnął się, na wspomnienie tamtego dnia. Było wtedy strasznie ciężko... Nie wyobrażał sobie wtedy, że za parę lat będzie siedział bezpiecznie w jakimś domku rozmawiając z dziewczyną, która nieświadomie zmieniła jego życie. -Nic takiego...-powtórzył, uświadamiając sobie, że tak naprawdę to ma dla niego dużo większe znaczenie.


                                                                         ***

-Gdzie tak właściwie byliście przez cały ten dzień?-spytała Ginny kiedy dwójka prefektów wróciła w końcu do Hogwartu.
-I noc...-dodał Zabini wykonując w ich stronę sugestywny ruch brwiami.
-W barze u Carla. Nie mogliśmy wrócić, bo za mocno padało, niech cię więcej nie obchodzi, Zabini-powiedział chłodno Draco. Mimo to, przez jego twarz przemknął nikły uśmiech. Ginny spojrzała na nich niepewnie, jednak po chwili udała, że wierzy w ich wersje wydarzeń.

-Naprawdę nic się nie wydarzyło!-powiedziała Hermiona kiedy już znalazły się same w pokoju.
-Daj spokój, Miona. Mnie mogłabyś powiedzieć-mruknęła z wyrzutem.
-Ginny. Dobrze wiesz, że kocham Rona i tylko Rona. Nie przespałabym się z Malfoyem ot tak, nosząc w kopercie pierścionek zaręczynowy od innego.
-W kopercie, nie na palcu-zauważyła ruda, splatając ręce na piersi. -Słuchaj Miona-zmieniła temat. Postanowiła na razie nie ruszać dalej tego wątku. -Muszę ci coś powiedzieć. Chodzi o Harry'ego...

                                                                           ***

Brązowowłosa siedziała na parapecie w swoim pokoju, trzymając w ręce list od swojego przyjaciela. Czuła w sercu dziwną pustkę. Miała wrażenie, że nic już nie jest tak jak powinno.
Westchnęła cicho, po czym ponownie zmusiła się do przeczytania treści zawartej w kawałku pergaminu...

                                                                   Droga Ginny!

    Długo nad tym myślałem i podjąłem pewną decyzję. Może Ci się ona nie spodoba jednak ja jestem pewny, że jeżeli nasza miłość jest prawdziwa-przetrwa to. 
   Wyjeżdżam do Hiszpanii. Dostałem świetną posadę w ministerstwie i jestem pewien, że chcę ją przyjąć. Taka praca od zawsze była moim marzeniem. Wierzę, że to zrozumiesz i nie będziesz miała mi tego za złe. Dla ukochanej osoby nie trzeba rezygnować z marzeń. Wierzę, a raczej mam pewność, że jeżeli ta osoba jest rzeczywiście ukochana, nie będzie kazała Ci rezygnować...
    Przepraszam, zacząłem pisać tak, jakbym miał już nie wrócić. Wrócę. Obiecuję. Gdy tylko wypełnię swoje obowiązki w Hiszpanii. Kocham Cię, nie zapominaj o tym. Będę tęsknił każdego dnia, ale jestem pewny, że tam też mogę być szczęśliwy. Pozdrów Hermionę i pozostałych. 
Niech korzystają z wolności, którą wspólnie wywalczyliśmy. 
Ron jest w lepszym stanie. Prawie w ogóle nie rozpacza po śmierci Freda i mógłbym rzec dobrze się trzyma. Mimo to, nie chciał ze mną jechać. Czeka do końca roku szkolnego na odpowiedź Hermiony. Oświadczył się, ale to zapewne już wiesz. Kto by pomyślał, że wyjdzie z tego coś poważniejszego? 
                                                                                Całuję, na zawsze Twój 
                                                                                                                       Harry

PS: Przepraszam za wszystkie kłótnie i niedomówienia. Widać potrzebowałem czasu by zrozumieć jak wielkim byłem kretynem. Żałuję. Teraz już wszystko będzie takie jak dawniej. 

Nic nie będzie takie jak dawniej! Dlaczego? Bo Ginny już go nie kocha i prowadza się z Zabinim!
Nie będzie tak jak dawniej, bo nie chodzą razem do szkoły, nie przeżywają corocznych, pełnych emocji przygód, nie odwiedzają razem Hagrida i nie piją razem kremowego piwa w Trzech Miotłach.
Harry nie wygrywa już meczów Quidditcha i nie jest sportowym bohaterem Gryffindoru.
Snape nie ochrzania ich na lekcjach, a Filch nie stanowi już dla niej takiego postrachu. Nie plotkuje z Lavender Brown ani Pravati Patil ani nawet z Luną Lovegood. Oddaliła się. Od wszystkich. A może raczej wszyscy się od siebie oddalili.
No i... Draco Malfoy nie jest już jej odwiecznym wrogiem. Nie chce już posłać kwiatów temu, który podbił jej oko, nie pragnie by wywalono jej ze szkoły, bo jest szlamą i nie życzy jej śmierci.
Nic nie będzie takie jak dawniej.
Bo połowa jej znajomych nie żyje i choć na zawsze pozostaną w Hogwarcie, to nie w dormitoriach, klasach, korytarzach czy nawet bibliotece.
Na skraju Zakazanego Lasu. Na cmentarzu. Głęboko pod ziemią.

Te myśli wcale nie oznaczały, że zaraz wybuchnie niekontrolowanym płaczem, z żalem stwierdzając że najlepiej by było gdyby nigdy się nie urodziła.
Oznaczały, że to już nie to samo życie, nie ta sama historia.
Że wkroczyła w nieznane, z każdym dniem pisząc nowy, zupełnie inny od poprzednich rozdział. Nowy etap życia. I choć wiadomo o tym było już dawno, ona dopiero teraz to sobie uświadomiła.
To było smutne. Tak, mimo wszystko smutne. Bo w jej sercu pozostawał dawny sentyment.

Nagle ciszę przerwało pukanie do drzwi, a ona zmuszona była oderwać się od rozmyślań i zeskoczyć z parapetu.
U progu stał on. Ze swoim dobrze znanym błyskiem w oczach i rozwianymi, rozczochranymi włosami.
-Ja przepraszam, że nachodzę ale...-przerwał widząc jej smutny wyraz twarzy. -Co się stało?-spytał, nie mogąc pozbyć się ze swojego głosu tak rzadko spotykanej troski.
-No bo...-zaczęła, jednak po chwili głos jej się załamał. Nie wiele myśląc rzuciła mu się w ramiona, wtulając głowę w jego tors. -Wszystko jest takie... inne-dokończyła, czując jak w związku z dotykiem chłopaka serce w jej piersi zaczyna mocniej uderzać.


sobota, 10 sierpnia 2013

10. Szalik, deszcz i dość przytulna kawiarnia


Dracuuusiu!-krzyknęła rozentuzjazmowana Astoria, zarzucając mu ręce na szyje. -Dracusiu, ten krawat bardzo pasuje do twoich oczu...
-Jest zielony. To zwykły krawat Slytherinu-zauważył z zażenowaniem chłopak. Jego oczy były stalowoszare, a dziewczyna bardzo głupia.
-Jak zwykle inteligentny, spostrzegawczy, taaaki strasznie mądry!-zaszczebiotała Ślizgonka, zarzucając swoimi długimi, blond włosami.
-Cóż... mówią, że przeciwieństwa się przyciągają, ale to ma chyba pewne granice-mruknął znudzony chłopak. Wychylił się ponad głowę przyklejonej do niego Astorii pragnąc zobaczyć tylko. Siedziała do niego tyłem, całkowicie pogrążona w rozmowie ze swoją rudą przyjaciółką. Wywrócił oczami kiedy blondynka zaczęła ponownie szeptać mu coś na ucho, zmniejszając odległość między nimi do minimum. W tym samym czasie złapał kontakt wzrokowy z siedzącą parę stolików dalej Ginny Weasley. Widać nie słuchała już rozentuzjazmowanej nad czymś Hermiony, tylko pilnie obserwowała Ślizgona.
Wyszczerzył do niej zęby, próbując jednocześnie odciągnąć od siebie Astorię.
-Kobieto, proszę odczep się-powiedział cicho, jednak dziewczyna go nie słuchała.
-Już zawsze będziemy razem, Dracusiu!-krzyknęła, tak, że niemal każdy w gospodzie ją usłyszał. Przeklął w duchu, świadom, że teraz i ona bacznie przygląda się tej scenie.
Astoria zarzuciła mu ręce na szyje, trzepocząc rzęsami i pochylając się nad nim, co on skomentował jedynie grymasem obrzydzenia na twarzy.
-Proszę, nie!-szepnął bezgłośnie, kiedy zbliżała do niego swoje usta.
-Tak wiem, ja ciebie też-odparła Astoria, mocniej się w niego wtulając i kiedy już ich usta dzieliły milimetry, oddechy zaczęły się mieszać, a ciała niebezpiecznie stykać... zrzucił ją ze swoich kolan, nie mogąc pohamować wrednego uśmieszku, który mimowolnie wpłynął na jego twarz.
-Ups...-powiedział wielce zadowolony ze swojego wyczynu.
Astoria warknęła i mruknęła coś pod nosem ze złością opuszczając gospodę. Przez chwilę patrzył jak trzaska drzwiami i rusza uliczką zasłaną jesiennymi liśćmi by po chwili przenieść wzrok na podchodzącego do niego Blaise'a.
-Co ona znowu z tobą robiła?-spytał z zażenowaniem, posyłając przy okazji szeroki uśmiech siedzącej niedaleko Ginny.
-Napadła na mnie. Ta kobieta jest niebezpieczna. Co muszę zrobić, żeby zamknęli ją  w Azkabanie?!-spytał Draco teatralnie wznosząc ręce ku niebu.
-Chyba powiedzieć, że wynajmujesz tam pokój-mruknął Zabini, otwierając kartę dań i ze znudzeniem przeczesując wzrokiem nazwy różnorodnych potraw.
-Zwariuję kiedyś!
-Tyle, że nie na jej punkcie-dodał Blaise wrednie się uśmiechając.

                                                                                ***

Siedziały dobre dwie godziny zanim postanowiły opuścić ciepły zakątek Trzech Mioteł i wyjść na ponurą, zimną ulicę Hogsmade.
-Mogę się założyć, że zaraz spadnie deszcz i wrócimy do zamku całkowicie przemoczone-stwierdziła Ginny opatulając się własnymi rękami. Wiatr wiał coraz mocniej rozwiewając jej poukładane włosy, a chmury zbierały się nad Hogwartem, zwiastując jeszcze bardziej nieciekawą pogodę.
-Czy w twojej głowie znajdują się jakieś pozytywne myśli?-zaśmiała się Hermiona  zapinając guziki beżowego płaszczyka. Właśnie zawijała dookoła szyi szalik kiedy wiatr wyrwał jej go z rąk i porwał daleko za nią. Dziewczęta odwróciły się z dość zaskoczonymi minami.
-To chyba twoje, Miona!-krzyknął Blaise, przyjaźnie im machając.
-No i się zaczyna-stwierdziła Ginny nie mogąc powstrzymać rozbawionego uśmiechu. Razem z Hermioną podeszła do Zabiniego, który w towarzystwie Malfoya przyglądał im się z ciekawością.
-Dziękuję-powiedziała Hermiona, odbierając z rąk bruneta butelkowozielony szalik. Uśmiechnęła się delikatnie, jednak tym razem takie zachowanie nie wydało się podejrzane dla Dracona. Nauczył się ufać Blaise'owi. Nigdy się na nim nie zawiódł.
-Wiewiórko, co powiesz na spacer w tę piękną pogodę?-spytał Zabini kłaniając się dziewczynie, nie mogąc jednocześnie powstrzymać śmiechu.
-Bardzo chętnie-powiedziała ruda, pozwalając porwać się w stronę jakiejś bocznej uliczki.

Draco i Hermiona stali naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc jak się zachować.
-Muszę iść-powiedziała w końcu Gryfonka, przerywając niezręczną ciszę.
-Poczekaj-poprosił, łapiąc ją za rękę. Odwróciła się, napotykając na głębokie, stalowoszare tęczówki, które przyglądały jej się z dziwnym blaskiem. Po chwili jednak spojrzała w górę, skąd zaczynał padać deszcz.
-Świetnie-uśmiechnęła się blado, otulając szczelniej płaszczem.
-To nic-powiedział blondyn, jednak po chwili i on zwątpił w własne słowa, bo zaczęła się prawdziwa ulewa.
Nie czekając pociągnął ją dalej za rękę, w stronę jednej z mało uczęszczanych kawiarni.

Na miejsce dotarli całkowicie przemoczeni, jednak w miarę dobrych nastrojach. Hermiona uśmiechnęła się promiennie, wyciskając z włosów strumień wody.
-Co to za miejsce?-spytała, rozglądając się po przytulnym lokalu.
-Nie mów, że nigdy tu nie byłaś-zaśmiał się Draco, podchodząc do długiej lady, w której obsługiwał wysoki mężczyzna w średnim wieku.
-Cześć Carl-powiedział, zapraszając dziewczynę by usiadła obok niego.
-Draco! I przyprowadziłeś normalną dziewczynę...
-Wypraszam sobie! Zwykle to one się do mnie przyczepiają...-powiedział naburmuszony. W tym czasie Carl podał im dwa kufle ciepłego, kremowego piwa.
-Ale ta... na pierwszy rzut oka widać, że jest twoją, prawdziwą dziewczyną-powiedział barman uśmiechając się szeroko w stronę Hermiony.
Obydwoje jak na komendę zakrztusili się piwem, patrząc na Carla z wyrzutem.
-M-My nie jesteśmy parą-zaprzeczyła szybko Hermiona.
-To może czas to zmienić-zaśmiał się mężczyzna. -Świetnie do siebie pasujecie...
-To na nas już chyba czas-powiedział Draco wstając z krzesła i ciągnąc za sobą Hermionę.
-Proszę bardzo... zdaje się, że zebrało się na burzę z piorunami-Carl roześmiał się perliście, co Hermiona skomentowała cichym westchnięciem.
-Nie ma mowy, że dotrzemy do Hogwartu w taką pogodę-powiedziała z niechęcią wyglądając przez okno.
-Przeczekamy burzę i wrócimy-powiedział blondyn z niezadowoleniem.
-Tyle, że ja muszę napisać wypracowanie z transumtacji, zrobić zadanie z numerologii, napisać esej z astronomii i dopilnować dwóch głupich Ślizgonów w czasie szlabanu-warknęła, splatając ręce na piersi. -Wracamy.
-Sama przed chwilą mówiłaś, że nie dotrzemy do zamku w taką pogodę! I Ślizgoni nie są głupi!
-W takim razie po cholerę zdemolowali całą klasę na piątym piętrze?!
-Może gdyby nie przyłapała ich podstarzała opiekunka Gryfonów...
-Hej! Hej! Spokojnie, to tylko burza... Przykro mi młoda damo, ale Draco ma rację. Nie pamiętam kiedy ostatnio była taka nawałnica-wtrącił się Carl.-Nikt nie powinien mieć do was pretensji. Tutaj jest najbezpieczniej. No chyba, że teleportujecie się do Hog...
-Dobrze pan wie, że nie ma takiej opcji-powiedziała Hermiona, opadając ciężko na jedno z kawiarnianych krzeseł. -Musiałeś mnie tu ciągnąć?-spytała, zwracając się w stronę blondyna.
-Ach ale są i dobre strony-powiedział Carl, nie pozwalając by Draco znalazł jakąś ripostę na jej słowa. -Za oknem pada deszcz, a wy jesteście jedynymi gośćmi w mojej kawiarni.
Mężczyzna wyszedł zza lady i wyciągając różdżkę rozpalił ogień w znajdującym się w rogu pomieszczenia kominku. Ogień rozbłysł, rozświetlając ciepłe kolory ścian lokalu. Hermiona zdjęła całkowicie przemoczony płaszcz i szalik, wieszając go na krześle i podsuwając pod kominek. Przeczesała palcami kasztanowe włosy, a z jej ust wyrwało się ciche westchnięcie. Atmosfera w kawiarni była wręcz niesamowita...

                                                                                ***

Dzwoniący o szyby deszcz przerywały jedynie silne grzmoty i błyskawice. Za oknem panowała istna nawałnica i nie zapowiadało się, że odejdzie równie szybko co się pojawiła.
Draco, Hermiona i Calr, siedzieli w kawiarni popijając słodką herbatę. Żadne z nich nie zamierzało się odezwać, przerywając niezręczną ciszę.
Ogień w kominku trzaskał, a oni ze znudzeniem wpatrywali się w jego rozbiegane płomienie.
-To ja może pójdę do siebie-powiedział Carl, wstając z krzesła.
-Co? Jak to? W taką pogodę?-spytała Hermiona. Nie mogła znieść myśli, że on wróci do domu, podczas gdy ona nie może wrócić do Hogwartu. Praca domowa czekała...
-Spokojnie, mam pokoje na górze-powiedział mężczyzna, nieco rozbawiony jej reakcją. -Dochodzi dwunasta, a ja muszę być wypoczęty. Jutro kolejny dzień!
-Świetnie-prychnęła dziewczyna, uświadamiając sobie, że już za późno by myśleć o powrocie do szkoły. Musiała znaleźć miejsce do snu...
-Mam jeszcze jeden wolny pokój-powiedział Carl, jakby czytając w jej myślach.
-Świetnie, idziemy-do rozmowy wtrącił się Malfoy, który właśnie dokończył pić herbatę.
-Co to znaczy idziemy?-spytała dziewczyna, patrząc na niego z wyrzutem.
-Chyba nie chcesz tu zostać sama-mruknął, wyciągając różdżkę i oświetlając tę część pokoju, do której nie sięgnęło światło kominka.
-W Gospodzie Pod Świńskim Łbem jest tunel prowadzący do Hogwartu, jeżeli...
-Gospoda Pod Świńskim Łbem jest dziesięć minut drogi stąd. Droga prowadzi przez aleję obsadzoną drzewami. Trzaśnie nas piorun, a ty nigdy nie odrobisz swojej pracy domowej-zakpił Draco, splatając ręce na piersi.


                                                                         ***

Pokój okazał się małą, dość przytulną sypialnią, w której  mrok rozświetlany był jedynie przez światło różdżek. Obydwoje rozejrzeli się, zatrzymując spojrzenia na jednym, dość ważnym elemencie.
-Dlaczego zawsze zostaje tylko jeden pokój, z tylko jednym, dwuosobowym łóżkiem? To się staje nudne...-powiedziała Hermiona, z przerażaniem patrząc na rozłożony mebel.
Draco jedynie zaśmiał się, rzucając się na posłanie, nie ściągając nawet butów.
-Spokojnie, zaraz przetransmutuję tę lampkę w nowe łóżko-powiedziała dziewczyna, wyciągając różdżkę.
-Nie wiem jak małe musiałoby być żeby się tu zmieściło-powiedział rozbawiony blondyn, zakładając ręce za głowę. -Miejsce obok Dracona czeka!-powiedział słodkim głosem, klepiąc miejsce obok siebie. Uwielbiał ją denerwować.
-Kretyn-mruknęła, kładąc się obok, i odwracając do niego plecami. -Tknij mnie, a pożałujesz...
-Słodkich snów-szepnął jej zmysłowo przy uchu, by po chwili również odwrócić się do niej plecami.

piątek, 9 sierpnia 2013

9. To tylko przyjaźń

Dlaczego to zrobił? Dlaczego wygłosił niezwykle długą opinię na temat miłości, zupełnie się na tym nie znając?
Bo życzył jej szczęścia. Wiedział, że dopóki ona będzie szczęśliwa i on jakoś sobie poradzi.
Może nigdy nie doświadczył miłości, ale wiedział jak taka miłość powinna wyglądać.
Wiedział też, że jest jej to winien. Że teraz przyszedł czas kiedy to on musi pomóc jej stanąć na nogi.
Hermiona Granger musiała dobrze wybrać i zamierzał jej tą decyzję ułatwić.
Jedyne czego nie wiedział to to, jak to zrobić.
Przemierzał korytarze, w  rękach ściskając mnóstwo różnych papierów. Nagle usłyszał szepczące głosy za rogiem co zmusiło go do przyczajenia się i nasłuchiwania. Ciekawość zawsze była jego cechą.

-Ginny ja...
-Nie musisz nic mówić gadałam z Hermioną, Blaise.
-Tak to... głupio wyszło. Ginny prawda jest taka, że myślę o tobie od końca piątej klasy i bardzo chciałbym z tobą być. Zależy mi na tobie.
-Blaise...- w myślach mógł sobie wyobrazić jak rudowłosa przyjaciółka Granger przygryza nerwowo wargę. -Noc z tobą była cudowna i ja też chcę iść dalej. Kto wie? Może coś z tego wyjdzie?
Jej głos zdawał się być bardzo wesoły. Był pewny, że Ginny właśnie się uśmiecha.
Niestety nie mógł tego zobaczyć, bo schowany za zakrętem korytarza błagał by go nie przyłapali.
-No to świetnie-ton Blaise świadczył jedynie o tym, że zaraz zacznie skakać z euforii.
Dlaczego przyjaciel nie powiedział mu, że leci na Ginny Weasley?
Dlaczego nie powiedział o romansie z Hermioną i dlaczego w ogóle o niczym mu nie mówił?!
Zawrócił i postanowił pójść do lochów innym korytarzem, bo ten zajęty był przez jego przyjaciela obściskującego się z rudą dziewczyną.
Wszystko zdawało się być beznadziejne.
Hermiona kochała Rona, który natomiast nie kochał jej. Zupełnie inaczej było z Blaise'm, który zaciągał ją do pustej klasy jednocześnie obściskując się z jej najlepszą przyjaciółką, która była natomiast była dziewczyną Pottera. Szczęście, że dwóch z złotego tria nie ma w szkole, bo byłaby niezła maskara...
Z niezadowoleniem szedł dalej obmyślając plan ułożenia wszystkiego przynajmniej w swojej głowie. Jego myśli i uczucia zupełnie się poplątały, a serce stawało się coraz bardziej niezgodne z rozumem.

                                                                           ***

-Cześć, Blaise-powiedział jadowitym tonem. Jego usta wygięły się w sztucznym uśmiechu, a ręce splotły na piersi.
-Już się boję-powiedział brunet stojąc u progu ich wspólnego dormitorium. Już otwierał usta w celu dowiedzenia się przyczyny złego nastroju przyjaciela kiedy został brutalnie rzucony na ścianę, a po chwili został mu wymierzony siarczysty policzek. W tym momencie strach zastąpiła złość. Bez wahania oddał blondynowi, jednak nie pozwolił by ta akcja zaszła za daleko. Unieruchomił go i spojrzał na niego z wyrzutem.
-Sorry-powiedział cicho Draco, uświadamiając sobie co zrobił. Odwrócił głowę, mocniej zaciskając szczęki. Dalej był zły i nic nie było wstanie tego zmienić. Nawet mocno podbite, prawe oko.
-O co chodzi?-spytał Blaise, nie mogąc ukryć irytacji. Zwykle wesoły i pogodny humor zastąpiła złość. Mimo to wiedział, że Draco jest jego przyjacielem i mimo wszystko nie mógł się na niego gniewać. Widział, że blondyn ma problem i chciał mu pomóc.
-Jesteś totalnym kretynem, Zabini-warknął, patrząc mu prosto w oczy.
-W takim razie może mnie oświecisz. Nie rozumiem czemu na powitanie dostałem pięścią w twarz!
Przekrzywił głowę na bok, dokładniej mu się przyglądając. Czyżby naprawdę się nie domyślał?
-Wiedziałeś, że mi na niej w pewien sposób zależy-powiedział blondyn z wyrzutem.
-A mówimy o... Dafne? Susan? Kate? Lucy? Wendy? Pearl? Irma? Lena?-zaczął wymieniać, jednak po chwili zaniemówił, a jego twarz stała się niezwykle poważna. -Hermiona.
Draco nic nie odpowiedział. Przyglądał się jedynie ze złością, mrużąc gniewnie oczy.
-Stary czy ty się zakochałe...?
-NIE! Jedynie jestem jej coś winien i nie pozwolę byś zabawiał się z nią i Weasley jednocześnie!
-Że co?-powiedział nieco zażenowany brunet. -Żadną z nich się nie zabawiam. Dokładniej mówiąc Granger jest tylko przyjaciółką i nie wiem po czym wnioskowałeś że to coś więcej ale uwierz mi, to tylko przyjaźń-powiedział poważnie. -A tak w ogóle... nie poznaje cię, przyjacielu!-krzyknął z entuzjazmem, wykonując sugestywny ruch brwiami. -Draco Malfoy, szlachetny obrońca kobiecych serc...-powiedział udawanym, rozmarzonym tonem. -Jesteś idiotą! Za kogo ty mnie masz?!
-Za przyjaciela. Dlatego przywaliłem ci tylko raz-burknął obrażony. Fakt, że się mylił był nieco dla niego niekorzystny, a może raczej psujący jego reputacje. Wstawił się za Granger. Hańba, niezwykle plamiąca jego ród. Może kiedyś by się tym przejął. Teraz jednak nic nie miało dla niego znaczenia. Żył dla siebie. Według własnych zasad i przekonań.
Niezadowolony opadł ciężko na łóżko, nie mogąc powstrzymać zrezygnowanego westchnięcia.
-Więc to Granger jest metaforycznym Weasleyem-bardziej stwierdził niż spytał Blaise. Bez słów, wziął butelkę whisky i rozlał ją do dwóch kieliszków, po czym przysiadł się obok blondyna i wypił duszkiem cały bursztynowy płyn. -Masz przerąbane, stary.


                                                                          ***

Historia magii i tym razem nie zapowiadała się ciekawie. Chyba nigdy żaden uczeń nie podchodził do niej z entuzjazmem i nawet Hermiona Granger, dziewczyna uznawana za zakochaną w nauce, nie stanowiła wyjątku. Spod jej czarnej szaty wystawała kolorowa, kwiecista sukienka, która wręcz prosiła się o zakrycie z powodu  "szkolnej etykiety". Brązowe, falowane włosy splątane w niestarannego koka, z którego wydobywało się kilka niesfornych pasemek i torba, która pękała w szwach z powodu nadmiaru książek sprawiały, że wyglądała dość niestarannie i nieodpowiednio. Na szczęście nikt nie zwracał na to uwagi. Hermiona Granger jako wyjątkowo zasłużona w czasie wojny sprawiała respekt nawet wśród nauczycieli.
Mimo wszystko przerwa przed przedmiotem prowadzonym przez profesora Binnsa, jedynego ducha uczącego w Hogwarcie, wydawała się być niezwykle monotonna. Ciemne, deszczowe chmury zniknęły i zastąpiło je gorące słońce, nieznośnie przypiekające znajdujących się na błoniach uczniów. Niestety ona mogła oglądać ich tylko przez okno, przez którego szczeliny wpadało ciepłe, duszące powietrze.
Było gorąco, duszno, a przede wszystkim nudno...
-Nie wytrzymam-szepnęła do siebie, robiąc dość niezdecydowaną minę.
Teraz, nie było nawet Harry'ego czy Rona, którzy absorbowali by ją w choć najmniejszym stopniu sprawiając by nie zasnęła. Zapowiadała się nieznośna, wręcz nie do wytrzymania lekcja. -Nie wytrzymam-powtórzyła sobie, kiedy wraz z dzwonkiem do klasy zaczęli wchodzić uczniowie. -Nie wytrzymam-teraz powiedziała to już z większą pewnością i nikłym, delikatnym uśmiechem.
Nie czekając dłużej, odwróciła się i podążyła na zalane wrześniowym słońcem błonia.


                                                                                  ***

-Nie dość, że mnie pobiłeś, to teraz jeszcze spóźnimy się na lekcje!-wykrzyczał Zabini biegnąc ile tchu przez szkolne korytarze.
-Mówisz tak, jakby to była moja wina-powiedział niewinnie Draco, śmiejąc się w duchu z zaistniałej sytuacji. To właśnie kochał w Hogwarcie. Przygodę z przyjaciółmi. Biegli nie patrząc przed siebie,a jedynie co chwila wybuchając niewytłumaczalnym śmiechem. Nagle blondyn poczuł jak na coś wpada i niemal chwieje się na nogach. Skupiony na utrzymaniu równowagi, zwrócił uwagę jedynie na wymijającego go Zabiniego i krzyczącego coś w stylu "Powodzenia. Czekam w klasie". Powodzenia? Niby czemu Blasie miałby życzyć mu powodzenia? Zrozumiał kiedy zaczął iść dalej i zatrzymał go dość niezadowolony głos.
-Ależ nie, wcale się mną nie przejmuj. Na pewno nic się nie stało.
Zamarł odwracając się i stając naprzeciw otrzepującej się, zezłoszczonej Granger.
Splotła ręce na piersi, patrząc na niego z wyrzutem.
-Wybacz-powiedział niepewnie, posyłając jej nieśmiały, wręcz pełny przerażenia uśmiech. Atmosfera stała się nagle niesamowicie sztywna. Nie wiedział kiedy postanowił udawać, że po ostatniej rozmowie nie było śladu.  Po chwili jednak jego umysł zajął inny fakt. Wyraz twarz przywrócił się do pierwotnego, niezwykle pewnego stanu, a usta wygięły się w ironicznym uśmieszku. -Panna Granger opuszcza lekcje-stwierdził, na co ona wywróciła oczami i prychnęła z oburzeniem.
-To nie tak... ja po prostu-zacięła się, uświadamiając sobie co tak naprawdę robi. -Bezpodstawnie zrywam się z lekcji-dokończyła z przerażeniem. Zakryła usta ręką, po czym z przerażeniem zawróciła kierując się z powrotem w stronę klasy do Historii Magii.
-Daj spokój, Granger-powiedział blondyn łapiąc ją za ramię i ciągnąc w przeciwną stronę. -To nic złego odpuścić sobie lekcje ze starym, nudziarzem Binn...-nie dokończył, bo razem z tym zza zakrętu odezwał się drugi głos.
-Kto tu jest?-profesor McGonagall szybkim krokiem zaczęła zbliżać się w ich stronę.

-Wiejemy-powiedział bezgłośnie, rozbawiony do granic możliwości Draco. Hermiona jedynie z przerażeniem pokiwała głową, pozwalając by złapał ją za rękę i pociągnął w stronę wyjścia ze szkoły.

-Zobaczyła nas...! Co jeżeli nas zobaczyła? Malfoy ona mnie zabije! Wyrzuci ze szkoły, zabije, nakrzyczy albo co gorsza obleje z góry wszystkie egzaminy!-mówiła rozhisteryzowana Hermiona nerwowo chodząc dookoła chłopaka.
-Co najwyżej pouczy i wlepi szlaban-powiedział zupełnie nieprzejęty blondyn.
-Jesteśmy prefektami! Miałam cię pilnować, a tym samym razem z tobą zrywam się z lekcji! Ona mnie zabije!
-Czekaj, czekaj-przerwał jej blondyn, momentalnie poważniejąc. -Kazała ci mnie pilnować?-spytał z niedowierzaniem.
-Chyba nie powinieneś o tym wiedzieć-stwierdziła przerażona tym, co przed chwilą powiedziała. -Malfoy to...
-No tak-powiedział uśmiechając się z kpiną. -Więc to wszystko jedynie dalsza resocjalizacja-zaśmiał się, zaciskając ze złością zęby.
-O czym ty mówisz?-spytała dziewczyna, zupełnie zapominając o dawnym problemie.
-O tym, że jestem jedynie gówniarzem, któremu nikt nie ufa-warknął siadając na trawie. -Co jeszcze dzieje się za moimi plecami?! Zdajesz jej potajemnie raporty?!
-Co?! Nie, to nie tak... ja o niczym nie wiedziałam. Ja tylko... kiedy zostałam prefektem... kazała mi na ciebie uważać-wyjaśniła siadając obok i patrząc na niego z wyczekiwaniem. Jej uwagę przykuł dość sporawy siniak pod okiem, jednak nie zamierzała zaprzątać sobie nim głowy.  -Jeżeli myślisz, że wszystko co się między nami działo to jedynie gra to się mylisz.
-A co się niby między nami działo?-spytał ze złością.
-Jesteśmy przyjaciółmi, nie?-spytała z determinacją. Gotowa na każdą odpowiedź.
-Na to wygląda-powiedział, nie ciągnąc dalej tematu. Patrzył na nią, pewien, że relacja z panną Granger może okazać się niezapomnianą przygodą.





poniedziałek, 5 sierpnia 2013

8. Wybór

Cmentarz w Zakazanym Lesie okazał się wyjątkowo ponurym miejscem. Mimo to... niezapomnianym.
Na wszelkich nagrobkach roiło się od pięknych, kolorowych kwiatów.
Cmentarz w Zakazanym Lesie okazał się dowodem. Dowodem na to, że mimo licznych ofiar podczas bitwy, okazała się ona wielkim zwycięstwem. Nikt nie zapomniał o tych, którzy poświęcili własne życia za przyjaciół. Za wolność i  za szczęście.
Prawdziwym zwycięstwem było to, że Hogwart został odbudowany, przyjacielskie więzi nieprzerwane, a wiara w dobro na nowo przywrócona.

Padał deszcz. Wiatr niebezpiecznie poruszał konarami drzew, a jesienne liście poderwały się z ziemi, zaczynając wirować w powietrzu. Młoda i piękna Gryfonka siedziała na ławce przed jednym z grobów, tępo wpatrzona w wyryty na nim napis. Fred Weasley zawsze był jej dobrym przyjacielem i choć,  może nie tak jak na Harry'm czy Ronie, mogła na nim polegać. Jego strata była dla niej równie bolesna jak dla innych. Wyróżniała się jedynie tym, że ona potrafiła iść dalej. Dzielnie brnąć naprzód. Nie bać się przyszłości.
Na jej twarzy błąkał się delikatny uśmiech. Wspomnienia... Nie te smutne, przywołujące nieznośny ból w sercu. Wspomnienia. Te które warto zachować.
Starała się nie patrzeć na jego śmierć tak, jak na klęskę, tragedię, ani nawet bohaterstwo.
W końcu... nie trzeba umierać dla dobra przyjaciół. Dużo lepiej dla nich żyć.
Jednak... przychodzi moment na który nie mamy wpływu. Czasem dzieje się tak, a nie inaczej i jedynym sposobem na szczęśliwą przyszłość jest się z tym pogodzić.
W końcu deszcz przerodził się w prawdziwą ulewę, a ona postanowiła wrócić do zamku.
Mimo przemoczonych ubrań nie wróciła do ciepłego i przytulnego dormitorium. Musiała pozałatwiać pewne sprawy. Udała się wprost do sowiarni, pragnąc wysłać ważny dla niej list.


                                                                           ***

                                                                   Drogi Ronie! 

             Życie w Hogwarcie, w którym nie ma Ciebie ani Harry'ego nie jest już takie jak dawniej. Właściwie... Nic nie jest takie jak dawniej. Brakuje mi Ciebie i bardzo pragnę być na nowo z Tobą. 
             Piszę ten list, bo muszę się czegoś dowiedzieć. Muszę być pewna, zanim zacznę planować przyszłość z Tobą. Pamiętasz? Powiedziałeś, że to tylko tymczasowa przerwa, że potrzebujemy czasu. Ja nie potrzebuje czasu. Potrzebuję Ciebie, Ron. Potrzebuję Twojego wsparcia i Twojej obecności. Jedyne czego pragnę to świadomości, że jesteś przy mnie. Muszę też zadać Ci jedno pytanie. Wydaje mi się, że jestem zagubiona i nie bardzo odnajduję się we własnych uczuciach. Pragnę odnaleźć siłę, pełne szczęście. Ale zarówno moją siłą jak i szczęściem jesteś właśnie Ty. 
Czy jeżeli kogoś się naprawdę kocha, trzeba od niego odpoczywać?
Co uważasz za prawdziwą miłość, Ron? 
Wybacz, to nie miał być list miłosny, ale muszę wiedzieć. Muszę wiedzieć na czym stoję. 
Zawsze myślałam, że miłość do Ciebie to najlepsze co mnie spotkało. Teraz jednak okazuje się, że może to się okazać zgubne. Co ty do mnie czujesz, Ron? 
Proszę odpowiedz. Nie chcę żyć złudzeniami, marząc o tym, że kiedy ukończę szkołę wpadnę w Twoje ramiona. 
                                                                  Kocham i zawsze będę kochać. 
                                                                                                         Hermiona G. 

Wpatrywał się w list, nerwowo mierzwiąc swoje rude włosy.
Czy ją kochał?
Tak, zdecydowanie tak.
Potrzebował czasu, potrzebował odpoczynku. Chciał się pozbierać. Nie miał pojęcia, że tym samym tak bardzo skrzywdzi Hermionę. Pospiesznie wyjął rolkę pergaminu, kopertę i pióro. Zapalając jedynie małą, nocną lampkę zabrał się za pisanie listu. Tak bardzo różniącym się od tego Hermiony, niestarannym, krzywym pismem.



                                                               Hermiono!

        Wybacz, że napawałem Cię wątpliwościami co do moich uczuć. Naprawdę potrzebowałem czasu, a teraz kiedy wszystko przemyślałem, doskonale wiem czego chcę. Chcę Ciebie, Hermiono. 

       Potrzebowałem odpoczynku, ale nie odpoczynku od Ciebie. Nigdy nie chciałem żebyś tak to zrozumiała. Kocham Cię Hermiono, a czym jest dla mnie miłość, zaraz Ci odpowiem. 
Prawdziwa miłość jest piękna. To zasypianie i budzenie u boku tej samej osoby. To pocałunki, czuły dotyk... To pragnienie bycia przy Tobie. To czerwone róże, które tak uwielbiasz... Czekoladki, romantyczne kolacje przy świecach. Nie sądzę by ktoś potrafił powiedzieć w słowach czym jest prawdziwa miłość. To uczucie w moim sercu. 

       Jedyne co do Ciebie czuje to ciepło, troskę, przyjaźń, zaufanie i tą najważniejszą. Miłość.
   \
                                                            Nigdy nie wątp w czyjeś uczucie. 
                                                                             Kocham, Ron 



                                                                            *** 

Siedziała przy stole Gryffindoru, kiedy podleciała do niej mała sówka. Od razu rozpoznała w niej Świstoświnkę. Niepewną, drżącą ręką odwiązała z jej nóżki kopertę. Szybko przeczytała list, a wyraz jej twarzy ciągle pozostawał nieodgadniony. Po chwili westchnęła cicho, stwierdzając, że nie ma ochoty jeść dalej. Potrzebowała świeżego powietrza, nawet jeśli kosztem miałoby być opuszczenie przedpołudniowych zajęć. Szybko wyszła z Wielkiej Sali nie zdając sobie nawet sprawy, że jest bacznie obserwowana przez siedzącego przy stole Slytherinu chłopaka. Od ich ostatniej rozmowy zaczął ją postrzegać zupełnie inaczej. Dawna złość za to , że jest dziewczyną Blaise'a minęła, pozostawiając za sobą jedynie żal. Nie miał pojęcia co do niej czuje. Wiedział jedynie, że jeżeli chce jej pomóc, to najlepiej będzie jeżeli zadba o to by była szczęśliwa. Nie wyglądała na taką siedząc godzinami na cmentarzu, ani wychodząc z Wielkiej Sali, dlatego postanowił za nią pójść. 
Odnalazł ją dopiero na błoniach. Oparta o stare, potężne drzewo wpatrywała się w spokojną taflę jeziora. Wydawała się być jakby nieobecna. W ręku kurczowo ściskała kawałek listu, w którym już stąd można było rozpoznać pismo Weasleya. Zawsze pisał na tyle brzydko,że można było go wysłać do jakiegoś konkursu w byciu najgorszym. 
W milczeniu podszedł do niej i usiadł obok. Tak jak ona utkwił wzrok w błękitnym jeziorze, opierając się o pień drzewa. 
-Weasley przesyła pozdrowienia?-spytał, nie odrywając wzroku od wody. 
Dziewczyna jedynie kiwnęła przytakująco głową, pozwalając by z jej ust wydobyło się ciche westchnięcie. 
-A ty jesteś totalnie rozdarta?-spytał domyślając się o co chodzi. Nie wiedziała kogo wybrać. Weasley czy Blaise? 
-Nigdy nie miałam pojęcia, że coś takiego może okazać się tak bardzo trudne-wyznała, podciągając nogi pod brodę. -Draco, on mi się oświadczył-wyrzuciła z siebie,wyciągając z dna koperty pierścionek zaręczynowy. Wykonany z białego złota z małym diamencikiem z pewnością pięknie prezentowałby się na jej palcu. Dopiero teraz oderwał wzrok od tafli jeziora z niepokojem upewniając się, że dziewczyna mówi prawdę. Coś boleśnie zakuło go w sercu. Udał jednak, że sprawa nie zrobiła na nim żadnego wrażenia i z powrotem przeniósł spojrzenie na spokojną wodę tak bardzo różniącą się od jego wnętrza... 
Dziewczyna spuściła wzrok, patrząc na dno koperty gdzie obok pierścionka znajdowała się mała karteczka. 

 Dowód miłości. Daj odpowiedź po powrocie.  Chcę usłyszeć tak ważną odpowiedź z twoich ust. Będę czekał na King's Cross. Pamiętaj, że kocham. 

Szkoda, że nie pomyślał przy okazji o niej. Nie ma to jak oświadczyć się przez list... Chociaż w sumie to dobrze. Nie miała pojęcia co powinna mu odpowiedzieć. 
-Co ja mam teraz zrobić?-spytała rozpaczliwie, przeczesując włosy palcami. 
-Podjąć decyzję-powiedział chłopak niewzruszony jej problemem. 
-Kiedy to nie takie proste...
-Byłoby proste gdybyś naprawdę go kochała-przerwał jej chłodnym tonem. Nawet jego to zdziwiło. Niewiarygodne jak bardzo go to dotknęło...
-Kocham go naprawdę-zapewniła go szybko. Nie miała pojęcia jak dziwnie bolesne są dla niego jej słowa. 
Do cholery! Przecież ona nic dla niego nie znaczyła!- Tylko... mam wątpliwości co do jego uczuć-mruknęła ze smutkiem czytając po raz kolejny list. 
-Pamiętasz jak mówiłeś mi o prawdziwej miłości?-spytała, zwracając się w stronę Ślizgona. 
-Tak-odparł cicho. 
-Czy kochałeś kiedyś kogoś tak mocno? Tak prawdziwie?
-Nie mam pojęcia czemu powinno cię to obchodzić-warknął, obdarzając ją nieprzyjemnym spojrzeniem. 
-Zastawiam się czy ona naprawdę istnieje-powiedziała cicho, spuszczając głowę. 
-Fakt, że ty jej nie doświadczyłaś nie znaczy, że jej nie ma-powiedział , wyciągając z jej ręki list. Szybko prześledził linijki tekstu, nie zważając na próby protestów dziewczyny. -Pocałunki, czuły dotyk... Róże, czekoladki i kolacje przy świecach... Prawda jest taka, że zostawiłby cię przy pierwszej okazji kiedy zaczęło by go to przerastać. Nie byłby wstanie poświęcić dla ciebie czegokolwiek nie wspominając już o życiu czy zdrowiu. Prawda jest taka, że kocha cię dopóki się z nim nie kłócisz, jesteś miła i ładna. Przykro mi, ale tego nie można nazwać miłością. 
Patrzyła mu w oczy, nie spostrzegając kiedy w jej własnych pojawiły się łzy. Z niezrozumieniem wsłuchiwała się w jego słowa, nie mogąc uwierzyć, że to prawda. Ron musiał odwzajemniać jej uczucia!
-Nie płacz Granger, nie ma sensu płakać nad czymś co by się i tak nie udało. 
-Skąd ty możesz o tym wiedzieć?! Kocham Rona i życie u jego boku byłoby wspaniałe. 
-W takim razie skąd te wątpliwości?-spytał z kpiną. -Prawda jest taka, że on się dla ciebie nie nadaje. Zasługujesz na coś więcej-wyjaśnił, nie mogąc oderwać się od jej głębokich, czekoladowych oczu. 
Zastanawiało go jedno... skoro tak kochała Weasleya, czemu "była" z Blaise'm?
-Skąd wiesz, że nie ubzdurałeś sobie całej tej miłości?! Która para jest wstanie się o siebie pozabijać?! Niby gdzie tak jest?!
-Kto wie? Może nigdzie? Wiem tylko, że tak powinno być. Wiem, że dobrzy ludzie na takie coś właśnie zasługują. 
-Właśnie. Dobrzy-powiedziała z chłodem. -Wybacz, ale na podstawie czego prawisz takie kazania?! Na podstawie czego jak zwykle masz się za najmądrzejszego?!
-Na żadnej podstawie, Granger. Może właśnie dlatego jej nie doświadczę?! Ale wiesz? Lubię dążyć do moich przeświadczeń. Miłość nie jest jak w książce czy na filmie. To coś zupełnie innego, a ludzie dążą do ideałów, zapominając o prawdziwych wartościach. Nie jestem znawcą, ale w przeciwieństwie do ciebie, wiem czego oczekuję. W przeciwieństwie do ciebie walczę o to w co wierzę. To do ciebie należy decyzja. 
Masz czas do końca września.
Patrzyła jak odchodzi, a z nieba po raz kolejny zaczyna padać deszcz. Patrzyła jak fale Hogwardziego jeziora burzą się, tworząc niespotykanie, groźne fale. Patrzyła jak wszystko idzie naprzód, tylko ona stoi w miejscu, przytłoczona swoją rozterką. 

niedziela, 4 sierpnia 2013

7. Ocieplenie wszelkich relacji

Obudziły ją pierwsze promienie słońca wdzierające się przez okno do jej przytulnego dormitorium. Przeciągnęła się, zmuszając do uchylenia rozleniwionych powiek. Niechętnie zwlokła się z posłania, spoglądając w stronę łóżka Ginny. Ze zdziwieniem stwierdziła, że pościel jest starannie złożona, a jej przyjaciółki nie ma w dormitorium. Czyżby nie wróciła na noc do wieży Gryffindoru? Ostatnim razem widziała ją w Hogsmade z Blaise'm... Jak na zawołanie drzwi pokoju otworzyły się i stanęła w nich niewyspana Ginny Weasley. Włosy miała potargane, a ubranie z poprzedniego dnia. Na jej twarzy gościło przerażenie.
-Merlinie, Ginny! Co się stało?-spytała zatroskana dziewczyna. Podeszła do przyjaciółki z niepokojem przyglądając się jej twarzy.
-Wymknęłam się-powiedziała ruda, wymijając przyjaciółkę i rzucając się na łóżko.
-O czym ty mówisz?-spytała Hermiona, unosząc ze zdziwieniem brwi.
-Przespałam się z nim, Miona-wyznała rozpaczliwie.
-Z kim?-spytała pragnąc się upewnić czy sprawdzą się jej obawy.
-Z Zabinim!-krzyknęła z frustracją wtulając twarz w poduszki.
-To źle?-spytała Hermiona. Nie do końca rozumiała rozpacz rudowłosej.
-Rozmawialiśmy w Trzech Miotłach. Dobrze nam się gadało i wróciliśmy do Hogwartu. Później zaciągnął mnie do schowka na miotły i...
-Nie mów, że cię zgwałcił-powiedziała Hermiona, zakrywając usta ręką. Czuła się winna, bo to w końcu ona ich ze sobą zapoznała.
-Nie...! My się tylko całowaliśmy-powiedziała, uspakajając szatynkę. Wszystko zaczęło się, jak poszliśmy na tą imprezę do Krukonów.
No tak... Hermiona nie poszła na nią, bo zdecydowała się uczyć...
-Znaleźliśmy jakieś puste dormitorium i...
-Ginny! W obcym dormitorium?!
-Nie-zaprzeczyła szybko rudowłosa. -Potrzebowaliśmy więcej piwa i jakiś Krukon zaproponował nam, że trochę nam da. Poszliśmy z nim, ale w tym czasie Blaise wywrócił jakąś szafkę z eliksirami. Wszystko wybuchło, a my musieliśmy uciekać, bo chłopak nieźle się wkurzył. Pobiegliśmy do lochów. Krukon ciągle nas gonił i pokój wspólny z hasłem, którego on nie zna był najlepszy. Musieliśmy wejść do dormitorium Blaise'a, bo wszyscy dziwnie na nas patrzyli i wtedy...
-Serio?! Musiałaś mi wszystko opowiadać?!
-Musisz ciągle na mnie naskakiwać?
-Musiałaś opowiadać przez dziesięć minut coś co nie miało żadnego związku z najważniejszą rzeczą?
-Powiedz lepiej co powinnam zrobić?
-Nie chciałaś tego?-spytała Hermiona. Wnioskując z tego w jaki sposób ruda opowiadała o swojej przygodzie była pewna, że jej się podobało.
-Co jeżeli okazałam się kolejną panienką na jedną noc? Czuję się taka głupia i naiwna...


                                                                     ***

Szła pustym korytarzem, nie mogąc pozbyć się myśli dręczących jej sumienia. Co jeżeli Ginny ma rację?
Co jeżeli Blaise wykorzystał ją do poznania Ginny, a potem wykorzystał Ginny w dużo gorszy sposób?
Jeżeli to prawda, wszystko było jej winą. To ona dała się nabrać na sztuczki Ślizgona...
Nawet nie zauważyła kiedy wpadła na coś bardzo twardego i upadła na podłogę.
-Nie za często na mnie wpadasz?-usłyszała nad uchem rozbawiony głos.
Prychnęła pod nosem, ujmując jego wyciągniętą dłoń. Wstała po czym ze złością spojrzała na stojącego przed nią Dracona Malfoya.
-Szukam Blaise'a-powiedziała, nie mogąc powstrzymać się od chłodu kiedy wypowiadała jego imię.
-Coś się stało?-spytał wyraźnie zaintrygowany.
-Nic co powinno cię interesować-warknęła, splatając ręce na piersi. Spojrzał na nią z zaskoczeniem. Spodziewał się, że po ich ostatniej rozmowie ich relacje nieco się zmienią. Jednak dla tej kobiety nic nie miało znaczenia. Zmieniła się. W tym momencie zachowywała się jak typowa, zimna ignorantka. To jego rola! Nie pozwoli by ktoś stał się taki jak on. Chyba dlatego... że nikomu nie życzył takiego losu.
Westchnął z rezygnacją, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł. Zostawił ją totalnie zbitą z tropu.


                                                                    ***

Patrzył jak łapie go za szaty i wciąga do jakiejś pustej klasy. Zacisnął zęby ze złości. Granger okazała się taka jak inni! Głupi... liczył, że to ta sama dziewczyna, którą spotkał na cmentarzu. Niespodzianka! Stała się zupełnie inną osobą, która tak jak wszyscy patrzyła na niego z góry. Wywrócił oczami, z niezadowoleniem otwierając podręcznik na byle jakiej stronie. Ważne by odciągnąć myśli... od jego przyjaciela i dziewczyny, która z ostatnim czasem stała się dla niego kimś niezrozumiale ważnym.


-Co ty robisz, Granger?!-spytał zdziwiony Blaise, kiedy przycisnęła go do ściany i ze złością mierzyła wzrokiem. -Co zrobiłem?-poprawił się, widząc, że to nie żarty.
-Ty podły, zakłamany, niewyżyty chamie!-krzyknęła dźgając go palcem w pierś. -Ginny jest przez ciebie załamana!-wyrzuciła z siebie, teraz wyciągając w jego stronę różdżkę.
-Co z nią?-spytał zaniepokojony.
-Nie wiesz?! Ach tak... zapomniałam, że zabawiłeś się nią i wyrzuciłeś, a jej losy w żadnym wypadku cię nie obchodzą!
-Co ty wygadujesz?!-spytał ze zdziwieniem. -To ona wyszła zanim się obudziłem i teraz mnie unika!
Spojrzała na niego nieprzekonana.  W sumie... brunet ma rację...
-To znaczy, że teraz ty i Ginny będziecie razem?
-O ile ona tego zechce...-powiedział, smętnie spuszczając głowę. -Może się pospieszyliśmy, ale ona jest dla mnie naprawdę ważna. Zależy mi,nigdy nie myślałem tak o żadnej dziewczynie i wiedz, że nigdy nie chciałem jej skrzywdzić.
Spojrzała mu w oczy, szukając tam odpowiedzi na to czy mówi prawdę. Mówił. Szczerość, która lśniła w jego tęczówkach ją upewniła.
-Przepraszam, że na ciebie napadłam-powiedziała, posyłając mu nieśmiały uśmiech.
-Rozumiem. W końcu czego nie robi się dla przyjaciół?
-Miłego dnia-rzuciła na odchodnym, wychodząc z klasy w pełni z siebie zadowolona.


Szczerzy się jak głupia -pomyślał, z zażenowaniem obserwując brązowowłosą Gryfonkę. Nie miał ochoty nawet na nią patrzeć. Zawiódł się na niej. Mimo iż nic mu nie obiecywała, ani niczego dla niego nie robiła. Rozczarowała go... A może to on siebie rozczarował?
Jeszcze bardziej bolała świadomość tego, że Blaise kłamał. On i Granger ukrywali romans i liczyli na to, że go przed nim ukryją. Jak można było zapomnieć o tym, że on zawsze o wszystkim się dowiaduje? Jak można było zapomnieć o tym , że zawsze dostaje to czego chce?
Pomylił się. Otaczali go idioci... Jak tu się nie zrazić do ludzi?


                                                                         ***


Obserwował ją, nie zamierzając nawet się odezwać. Jako prefekci naczelni mieli swoje obowiązki, które czy chcieli czy nie, musieli wykonywać. Tym razem mieli za zadanie dopilnowanie pierwszoroczniaków przy szlabanie. Dwaj niscy, czarnowłosi chłopcy z niezbyt dużym zapałem szorowali srebrne tablice mające za zadanie upamiętnić poległych w bitwie o Hogwart. Starannie wyryte, pisane ozdobną czcionką nazwiska znajomych były dla Hermiony bardzo przytłaczające. Z otępieniem wpatrywała się w coraz to kolejne tablice, nie wiedząc właściwie czemu nie zaciśnie oczu i spróbuje odciągnąć myśli od tej sprawy. Może to ciekawość ? Może chciała się upewnić czy nikogo nie pominęli, albo o to kto umarł, a sama o tym nie wiedziała? Draco patrzył tylko na nią. Nie chciał patrzeć na nazwiska tych, do których śmierci przyczynił się między innymi on sam. Dwie godziny w Izbie Pamięci okazały się dla nich torturą. Rany, które mogłoby się zdawać zdążyły się zabliźnić na nowo się rozdrapały. Wróciły bolesne wspomnienia, a wraz z nimi dręczące myśli. Mijały kolejne minuty, a dwaj chłopcy nie zdawali się kończyć roboty. Wskazówki zegara przesuwały się wyjątkowo wolno, a Hermiona czuła, że jeszcze chwila a się popłacze.
-Przepraszam, nie mogę-powiedziała w końcu, przerywając dzielącą ich ciszę. Zerwała się z krzesła , po czym pospiesznym krokiem wyszła z sali, zostawiając za sobą Dracona i dwóch zdziwionych Puchonów.
Blondyn westchnął cicho, po czym nie czekając wybiegł za dziewczyną.
-Granger!-krzyknął, łapiąc ją za ramię.
-Przepraszam. Poradzisz sobie sam, ja muszę iść. Nie wytrzymam-jej głos zdawał się lekko drżeć, a w oczach pojawiły się łzy. Próbowała za wszelką cenę ich nie wypuścić, ale Draco wiedział, że jak tylko zniknie zacznie płakać.
-Przykro mi-powiedział, przenikając ją spojrzeniem swoich stalowoszarych oczu. -To musi być bolesne...-mruknął, a w jego tęczówkach dało się dostrzec prawdziwe współczucie.
-Nie ma tam twoich przyjaciół?-spytała, zatapiając się w kolorze jego oczu.
-Moi przyjaciele nie zasłużyli na to by ich nazwiska zostały upamiętnione-powiedział, a w jego głosie dało się wyłapać gorycz.
-Mimo to, byli ci drodzy-zauważyła, siadając na parapecie okna i przesuwając się tak, by i dla niego znalazło się miejsce. Przysiadł obok, cicho wzdychając.
-To w końcu przyjaciele-powiedział ze smutkiem, a jego wzrok stał się nieobecny.
Wtedy zauważyła coś czego po Draconie Malfoyu nigdy się nie spodziewała. Ślizgon cierpiał. Cierpiał i to okazywał. Chłodna, emanująca obojętnością maska zniknęła. Blondyn z każdym dniem odkrywał przed nią swoje człowieczeństwo, a ona z każdą chwilą była tym coraz bardziej zaskoczona.
Nie wiedziała, że ma przyjaciół. Na tyle ważnych, by w jego sercu pozostał po nich smutek. Nie wiedziała, że Ślizgon w ogóle je posiada.
Zaczęła się zastanawiać co dla Dracona może znaczyć słowo "przyjaźń". Wiedziała już jak bardzo rozbudowaną ma opinie o miłości... Jak dużo mógł znaczyć dla niego Blaise Zabini? Jak dużo mógł znaczyć dla niego zmarły Vincenty Crabbe? Zawsze myślała, że chłopak był jedynie jego gorylem, gorliwie wykonującym wszystkie jego rozkazy...
-Przepraszam, Malfoy...-szepnęła bardziej do siebie, niż do niego. Niestety usłyszał ją, co wywołało u niego niemały szok.
-Za co, Granger?-spytał, nie każąc nawet jej powtarzać. Wyznanie dziewczyny bardzo go zaintrygowało.
-Za to, że niewłaściwie cie oceniałam-powiedziała, nie śmiejąc nawet na niego spojrzeć. -Byłam pewna, że jesteś złym człowiekiem.
-Nieprawda-zaprzeczył niemal machinalnie. Mimo to, jej wyznanie nico zabolało. Jeżeli mówiła prawdę, znaczy, że wtedy na cmentarzu... kłamała. NIE! Wierzył w jej słowa całą wojnę, podczas najgorszego okresu swojego życia. Gdyby nie była szczera, nie dałaby mu tyle siły.
-Tak teraz już wiem... -zapewniła go pośpiesznie.
-Wiedziałaś już wcześniej-przerwał jej, spoglądając w jej czekoladowe oczy.
-Co?-spytała marszcząc brwi. Skąd ktoś taki jak on mógł o tym wiedzieć?
-Ktoś taki jak ty nigdy nie wątpi. Nigdy się nie poddaje-powiedział, a ona mimowolnie się uśmiechnęła. Te słowa wiele dla niej znaczyły.
Może nie zawsze wykonywał dobre uczynki. Może nieraz dopuszczał się paskudnych rzeczy...
Ale urodził się i zamierzał umrzeć jako dobry człowiek i choć wiele mu jeszcze brakowało... zamierzał walczyć. O przepędzenie mroku z jego serca. O wolność...